Ubiegłoroczne wspomienia...wciąż aktualne
No wiec mam już pierwszą noc łez za sobą. Chyba na 3 doby przed badaniem biopsji dopadł mnie strach o przyszłość, o to co się może zmienić w moim życiu jeśli się okaże, że mam raka. Wraz z tym strachem pojawiło się poczucie ogromnego osamotnienia w rzeczywistości, która mnie dopadła. Była to noc strachu i przekomarzania się z własnymi myślami, przekonywanie samej siebie, że dam radę, że po raz kolejny dam radę. W pewnym momencie tych nocnych rozmyślań, strachu i łez, zdałam sobie sprawę, że nie zadałam pytania "czemu ja?". Nie zadałam go ani sobie, ani losowi, czy też Bogu. Tej nocy nie było ważne dla mnie czemu ja, bo w końcu jestem jedną z wielu kobiet chodzących po tym świecie, a rak może dotknąć każdą z nas. Skoro chorują nic nie winne, małe dzieci, dziewczynki i chłopcy. Chorują wspaniali, dorośli ludzi, którzy mają cudowne rodziny, dzieci, nie dziwi mnie to, że ja także mogę zachorować. Że rak także mnie może dopaść. Więc czego ja się bałam tej nocy? Przestraszyłam się...