Ubiegłoroczne wspomienia...wciąż aktualne

No wiec mam już pierwszą noc łez za sobą. Chyba na 3 doby przed badaniem biopsji dopadł mnie strach o przyszłość, o to co się może zmienić w moim życiu jeśli się okaże, że mam raka. Wraz z tym strachem pojawiło się poczucie ogromnego osamotnienia w rzeczywistości, która mnie dopadła. Była to noc strachu i przekomarzania się z własnymi myślami, przekonywanie samej siebie, że dam radę, że po raz kolejny dam radę. W pewnym momencie tych nocnych rozmyślań, strachu i łez, zdałam sobie sprawę, że nie zadałam pytania "czemu ja?". Nie zadałam go ani sobie, ani losowi, czy też Bogu. Tej nocy nie było ważne dla mnie czemu ja, bo w końcu jestem jedną z wielu kobiet chodzących po tym świecie, a rak może dotknąć każdą z nas. Skoro chorują nic nie winne, małe dzieci, dziewczynki i chłopcy. Chorują wspaniali, dorośli ludzi, którzy mają cudowne rodziny, dzieci, nie dziwi mnie to, że ja także mogę zachorować. Że rak także mnie może dopaść. Więc czego ja się bałam tej nocy? Przestraszyłam się zmian jakie mogą pojawić się w  moim życiu, wyglądzie, wraz z potwierdzeniem choroby.  Tak, właśnie te zmiany mnie przeraziły i jeszcze bardziej przeraziła mnie świadomość, że będę z tym sama. Bo nikogo z rodziny nie chce obarczać moim strachem, oni nie mają tyle siły.  Faktycznie całą noc zastanawiałam się jak powiem rodzicom i rodzeństwu, z czym przyszło mi się zmagać. Jak mam im powiedzieć o czymś z czym sama mogę sobie nie poradzić, ale tego już nie mogą wiedzieć. Dla nich zawsze byłam silna, chyba nie było rzeczy z którą bym sobie nie poradziła. To zawsze ja musiałam dawać im kopa do działania, dawać nadzieję. I teraz może się okazać że tej nadziei potrzebując, będę musiała dać im sama. Boje się reakcji taty i mamy, boje się, że mogą sobie z tym nie poradzić, a tym razem mi zabraknie siły, żeby ich wspierać. I to mnie tej nocy przerażało najbardziej.
Dzisiejsze popołudnie spędziłam z siostrą. Na szczęście  będzie mogła iść, ze mną na same badania, chyba sama myśl o tym, że tam nie będę sama jest dla mnie ważna. Dzień spędziłyśmy na spacerze po starówce, a ja od samego początku jak się spotkałyśmy chciałam jej wykrzyczeć, że się  boję, boję się tego co może przynieść mi to badanie. Ale nie miałam odwagi zacząć pierwsza. Niestety w naszej rodzinie nigdy o problemach się nie rozmawiało. Chodziłam z nią po  tej starówce, rozmawiałyśmy o turystach, mijanych ludziach o wszystkim ale nie o tym czego ja się boję, a ona chyba sama chciała pytać, wiedzieć więcej ale nie wiedziała jak pytać. Dopiero kiedy zapytała o godzinę badania, wspomniałam, że się boję. Bałam się tak, że choć w środku wyłam, przy Ilonie mój strach zamieniłam w śmiech, strach stał się klaunem, który zaczął mi towarzyszyć do końca dnia. Klaun był do tego stopnia tak pewny siebie, że  pokazał Ilonie czerwoną bawełnianą czapkę w której będę chodzi, jeśli stracę włosy. A Siostra z ironią i dystansem, nie wdając się w dyskusje z klaunem, skwitowała, że jednak powinnam postawić na chusty a nie czapkę. Nie wiem czemu ale choć tego nie pokazała czułam w niej strach, może nawet taki sam jak u mnie, ale też i niewiedzę, która sprawiła, że nie zadawała pytań, nie chciała wiedzieć więcej, żeby też nie zacząć rozmyślać, żeby nie zacząć się martwić. W końcu idzie ze mną to powinno wystarczyć, a do tego sama ma swoje problemy. Mój Klaun towarzyszył mi w każdej choćby niewielkiej wzmiance w naszej rozmowie o chorobie. Powiedział, że przynajmniej mieszkanie ode mnie dostanie w spadku,  z kredytem ale to zawsze coś. Że nawet jeśli stracę pierś to i tak nikt tego nie zauważy bo mam je małe. Chyba jedyną poważną, rzeczą powiedzianą do niej dziś i jednocześnie będącym wyrazem mojego strachu było stwierdzenie, że tych świąt nie spędzę z rodzicami. Tak dziś przyznaje się, boję się, boję się jak cholera. I chyba ten strach będzie mi towarzyszył do dnia wyniku biopsji, nie ważne ile przeczytam informacji o samym badaniu, raku, profilaktyce, czy kobietach które  przezwyciężyły tego potwora.
Od  tej nocy chyba stałam się bardziej wyczulona na  tykający zegar, odmierzający czas do badania, a później zapewne od badania do diagnozy. Chyba później będzie już łatwiej, bo to już nie będzie gdybanie, a jasno określony wróg i jednoczesny cel działania. To właśnie teraz tyka zegar odmierzający czas ale też to właśnie  jest teraz czas uświadomienia sobie zmian jakie mogą zaistniej w moim życiu, uświadomienia sobie i pogodzenia z nimi, a na pewno zrozumienia, aby po diagnozie móc działać.

Po woli klaruje się myśl i plan mych działań, kolejnych kroków, jakie pocznę  czy to będzie wynik pozytywny czy negatywny. I jak do tej pory nie uważałam samej siebie za wytrwałej i zdeterminowanej osoby, jednak włączając wczoraj w nocy zegar, włączyłam też chęć działania i determinację, która  bez względu na to co się stanie  ma mi pomóc działać, działać przeciw rakowi wśród najbliższych mi kobiet. 

W tym roku  guz w innym miejscu, inny rodzaj strachu ale łzy te same... i ta sama potrzeba bliskości... 
bliskość potrzebna od zaraz ... 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Polędwiczka z nutką myślicielstwa.....

Nocą myśli się kłębocą....

Lata początek