Weekendowy Everest - lek na księcuniowego focha
Nadchodzi koniec tego weekendu, a jakoś z nim naszło mnie na jego podsumowanie. Chyba faktycznie ostatnio stałam się bardziej sentymentalna, chyba sie starzeje, jakby nie było już tylko kilka miesiecy mi zostało do świetowania 30wiosny. Tego co w dowodzie nie da się oszukać. Zacznę od piątunia, tak przez wszystkich uwielbianego, od którego przecież stałam się obywatelem świata, wieczorem trzeba było oblać mą dojrzałość no i tak to obelewanie się skończyło, że najpierw zalana łzami żałoby po miesięcznym fochu Księciuniak, skończyłam na babskim wieczorze zakrapianym whisky w moim wypadku, lądując ostatecznie na parkiecie jednego z warszawskich buforów studenckiej rozpusty i lansu, mimo że sama już studentem nie jestem. Ale w końcu kto mi zabroni. I mimo, że nastepnego dnia, w głowie szumiało przez cały dzień, przez co nawet z łóżka się nie dało wyjść, to przynajmniej babskie pogaduchy pomogły. I mimo, że dla mnie baby te w większości obce były, wszys...