Weekendowy Everest - lek na księcuniowego focha

Nadchodzi koniec tego weekendu, a jakoś z nim naszło mnie na jego podsumowanie. Chyba faktycznie ostatnio stałam się bardziej sentymentalna, chyba sie starzeje, jakby nie było już tylko kilka miesiecy mi zostało do świetowania 30wiosny. Tego co w dowodzie nie da się oszukać. 
Zacznę od piątunia, tak przez wszystkich uwielbianego, od którego przecież stałam się obywatelem świata, wieczorem  trzeba było  oblać mą dojrzałość no i tak to obelewanie się skończyło, że najpierw zalana łzami żałoby po miesięcznym fochu Księciuniak, skończyłam na babskim wieczorze zakrapianym whisky w moim wypadku, lądując ostatecznie na parkiecie jednego z warszawskich buforów studenckiej rozpusty i lansu, mimo że sama już studentem nie jestem. Ale w końcu kto mi zabroni.  
I mimo, że nastepnego dnia, w głowie szumiało przez cały dzień, przez co nawet z łóżka się nie dało wyjść, to przynajmniej  babskie pogaduchy pomogły. I mimo, że dla mnie baby te w większości obce były, wszystkie wspierały me  żałobne serducho. Czasami takie wygadanie i pogadanie z obcymi przedstawicielkami tej jakże delikatnej płuci, którą także sama reprezentuje, faktycznie pomaga. Nawet rozumiem, już czemu w ostatnim czasie powstało tyle polskich seriali o babskiej solidarności i przyjaźni, sama też taki jeden oglądam od trzech sezonów, zazdroszcząc tych filmowych przyjaciółek każdej z osobna i wszystkich razem. No więc grono tych nowych jeszcze w piątek, ale już dziś mych starych kupeli, skoro tyle razem wypiłyśmy to już znamy się prawie jak osły w warszawskim zoo, nie tylko pozwalało się poryczeć, ale jeszcze prawiły komplementy i dowartościowywały bardziej niż  nie jeden ze studenciaków przy barze chciał, a jednak zbyt małe doświadczenie życiowe, aby dało to jakiś efekt, kobiecie po przejściach, jaką w końcu jestem. 
Więc tak babski wypad do udanych należy zaliczyć, bo w końcu nowe twarzyszki poznane, a przy tym chyba juz dawno tyle ciepłych słów, pochlebstw nie słyszałam na swój temat. No a jak każdy z nas tak też mój egocentryzm został przez  to pozytywnie naładowany. Wniosek mam też taki, że studenckie imprezy mam już dawno za sobą i mimo, że dobrze sie bawiłam, kluby, młode mięso studenckie  nie robią na mnie wrażenie.  Właśnie takie momenty potwierdzają, że mimo wylanych już hetrolitrów łez za Księciuniem, oddałabym wiele, żeby móc sie do niego przytulić i spędzić wieczor, przy starej jazzowej płycie, z lampką wina, mając go przy boku. No dobrze ale koniec z rozuczaleniem się nad sobą, skoro Księciunio zrezygnował sam z takich chwil, cieszmy sie z tego co jest teraz.  Cudowne przy tym jest to, że te nowe babeczki w moim życiu, pewnie mogą jeszcze nie raz podobne babskie wieczory sprowokować... a to naprawde fajna rzecz... Więc nie dość, że sentymentala i stara się robię, to coraz bardziej podoba mi się czas spędzany z samymi kobietami, w końcu wszystkie jesteśmy takie cudowne, a "cudo" było hasłem przewodnim  naszego pierwszego wypadu. 
No więc mimo, że cały piątkowy wieczór pamiętam to sobota do łatwych nie należała i tego dnia moja stopa, dotykała podłogi tylko żeby wyjść do kuchni lub do łazienki... Tego dnia przeczytałam setke wpisów blogowych poradników w męskim wydaniu o rozstaniu, czy też w wersji pisanych przez kobiety.  I tak jak od zawsze wiedziałam, ta sobota potwierdziła, blogi męskie bardziej do mnie przemawiają, bardziej konkretne i rzeczowe. Szkoda tylko, że tak nie potrafię zrozumieć swojego  exKsięciunia, no ale w życiu nie można mieć wszystkiego....Tak też sobota mimo, że się wlokła w mym łóżku całą dobę, to do udanych także została zaliczona, a wniosek z niej płynie taki, że nie sposób zrozumieć facetów, bo instrukcji obsługi jest tyle ile blogów o nich powstało, czy też przez nich  jest tworzonych. Więc teraz jest mi nieco łatwiej zrozumieć i zaakceptować, że Księciunia nie zrozumiem nigdy choćbym nie wiem na jakich rzesach stawała. 
No i w ten oto sposób dotarliśmy do niedzieli, a w niedzielę, to juz inna bajka, bo żeby nie mysleć i znowu nie ryczeć, wybrałam się na wysiłkowy, sztuczny Everest w moim wydaniu. No i tak właśnie postawniłam zacząć dziś swoją przygodę ze wspinaczką, mimo że planowaliśmy zrobić to wspólnie z Księciuniem, poszłam z Pizdusiem.  Jutro spodziewam się bólu ramion,  no i mam nadzieję, że siniaki z kolan zejdą do  kolejnego wiosennego słońca, które pozwoli odsłonić nogi....Wniosek z tej aktywności sportowej potwierdza, że adrenalina pomaga i sprawia przyjemność, a każda aktywność sportowa pozwala uciec przed żalem, rozczarowaniem i choć trochę przyspieszyć złamane serce. 
Siostra i tak na koniec to dziekuje za poratowanie tuńczykiem w puszce i torebką herbatą :) 

No i może żeby już nie ryczeć, puszczę pioseknę o płakaniu ;) https://www.youtube.com/watch?v=x7f6bwVr4-0

sztuczny Everest, dzięki któremu, żałoba miała pozostać gdzieś za mną na dole 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Polędwiczka z nutką myślicielstwa.....

Nocą myśli się kłębocą....

Lata początek