Moim Kobietom...

Dziś o tym jak to kolposkopia, skłoniła mnie do przemyśleń i wniosków, po tym jak wcześniej wywołała strach i chyba nawet łzy w oczach. Po dzisiejszym dniu na pewno stałam się  bogatsza o nowe doświadczenie związane z kolejnym, tym razem ginekologicznym, badaniem.  Było to moje kolejne podejście do kolposkopii i całe szczęście, że po wcześniejszych próbach, wreszcie się udało, bo mimo że wyniki nie są zadawalające mam jeszcze szanse, żeby coś z tym zrobić i właśnie z tego jestem dumna i nawet  nie szkoda mi tej zarwanej  na przemyślenia nocy.
Siedząc na fotelu,  czułam strach i obrzydzenie. Widok własnego wnętrza na TV obok fotela od pierwszych momentów był dla mnie nie do zniesienia, w myślach i we własnej wyobraźni, widziałam siebie wymiotującą na widok własnego ciała. Ta sytuacja po raz kolejny  udowodniła mi, że nie akceptuje tej części siebie, nadal. Jednak im dłużej siedziałam na fotelu ze wziernikiem i kolposkopem miedzy nogami, oswajałam się z tym widokiem, choć daleko mi do akceptacji. Fakt, jak to ostatnio bywa w moich relacjach na linii służba zdrowia i ja, tym razem także nie obyło się bez komicznych sytuacji. Oto Pan Gin, który w rękawiczkach zaglądając w  me dolne wnętrze, zorientował się o problemach niekompatybilnego sprzętu z komputerem. Tym samym podczas badania, Pan Gin nie tylko mnie oglądał ale także próbował naprawić sprzęt na którym przyszło mu dziś pracować. I jak to bywa wśród użytkowników sprzętu komputerowego, zaczął od bezsensownego klikania na klawiaturze, kończąc na dopinaniu kabli  odchodzących od monitora. Komizm tej sytuacji polegał na tym, że robił to w tych samych rękawiczkach, w których jakby nie było później we mnie grzebał, dlatego wolę nie zastanawiać się jaki stan kurzu miały kable w czasie, kiedy je dotykał, ale zakładam, że Perfekcyjna Pani Domu mogłaby mieć się do czego przyczepić. Mimo, że zaczęłam się nad tym zastanawiać siedząc, jeszcze na fotelu, pozostawiłam to bez komentarza, za bardzo sparaliżował mnie strach.  Badanie miało trwać 10 minut, a w moim odczuciu trwało znacznie dłużej, ale chyba dzięki temu zaczęłam dostrzegać nieprawidłowość na szyjce i nawet się z nią oswajać. Wpatrywałam się w nią tak jakbym chciała zobaczyć, czy jest zła, groźna, czy tylko chciała mnie przestraszyć. Patrzyłam jak reaguje na kolejny roztwór, który Pan Gin we nie wprowadza i jak się zachowuje. Cały czas się bałam i stresowałam, dłonie były mokre od potu i miałam poczucie, że jak tak dalej będę siedzieć to "wypluje" z siebie ten wziernik prosto na twarz Pana Gina.  Przyznaje jednak, że samo badanie nie bolało i nawet można by założyć, że mogłoby być przyjemne. Porównywalne do stosunków z ewentualnymi zabawkami intymnymi, a przynajmniej tak mi się wydaje. Choć siedząc na fotelu wolałam, żeby Pan Gin jak najszybciej wyjął ze mnie swoje ginekologiczne zabawki.  Po samym badaniu, nie czułam nic, wprowadzane roztwory jak na razie nie dają o sobie znać, choć Pan Gin uprzedzał, że mogą.
Sam wynik badania mimo, że nie zadawalający wg Pana Gina i z dużą zmianą, nie chciał wyjść z drukarki,  wiec  nie tylko ja byłam zestresowana, ale Pan Gin także.  Nie dość, że podczas badania nic nie mówił to po nim przez kilkanaście minut także nic, wpatrując się tylko w monitor. Ja byłam przestraszona teraz bardziej niż wcześniej na fotelu, tak że nie pytałam o nic, nawet chyba nie wiedziałam o co pytać, w końcu sama widziałam tą "dużą zmianę" podczas badania i mi też nie chciała powiedzieć jaka jest naprawdę i co chce osiągnąć.  Więc po kilkuminutowej ciszy, Pan Gin przyznał się, że nie może wydrukować mojego badania, wiec musi wezwać posiłki z recepcji. Suma sumarum na koniec dostałam okrojony opis badania z jednym zdjęciem, bo tylko to udało się wydrukować i skierowaniem do szpitala na biopsje dysplazji i trzonu. I taka przyjemność kosztowała mnie 180 zł  właśnie.
Jednak może się okazać, że jest to jeden z najlepszych zakupów jaki zrobiłam w  ostatnim czasie, bo mimo kilku minutowego stresu na fotelu Pana Gina, nie tylko oswoiłam się z widokiem samej siebie ale także dostałam ogromnego kopa do tego aby  zadbać o sobie, bo w końcu kto jak nie  Ty sama… i kiedy jak nie teraz…!!!! W końcu zawsze lepiej wcześniej wiedzieć i mieć możliwość walki o swoje życie niż  oddać je w szpony chorobowych przypadków. 
Ja nie zamierzam oddać swojego życia w ręce przypadku, chce sama decydować i wiedzieć co się ze mną dzieje. Chce żyć pełną piersią, mieć piękne dzieci, dla których starcę głowę, a wcześniej jeszcze zdobyć i rozkochać w sobie mojego Księciunia. I właśnie, dzięki dzisiejszemu badaniu i kolejnym jakie są przede mną  jest to jak najbardziej możliwe.
Jakiś czas temu jedna z moich sióstr, powiedziała, że czyta ten blog, żeby dowiedzieć się czegoś o życiu, choć sama jest jeszcze dzieckiem.  I właśnie dla niej i wszystkich pozostałych moich sióstr i kobiet  bliskich mojemu sercu, dedykuje ten wpis. Jeśli któraś z Was dotrze do tego miejsca, proszę przestańcie się bać wiedzieć co Wam może dolegać, na co możecie chorować, róbcie regularne badania, bo tylko wówczas będziecie mogły zadecydować o tym jak będzie wyglądać Wasza przyszłość i Waszych bliskich. Piszę o tym tutaj, bo wiem, że czasami nie mamy odwagi na szczerą rozmowę.  Moje Kobiety uczmy się na błędach naszych rodziców i dziadków, tym bardziej, że wiedza w dzisiejszych czasach jest jednym z najcenniejszych dóbr świata.
Im więcej wiesz, tym więcej możesz…. Angel dziękuję, że jesteś!
Weź życie w swoje ręce...lepiej wiedzieć wcześniej i dać sobie szanse!



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Polędwiczka z nutką myślicielstwa.....

Nocą myśli się kłębocą....

Lata początek