Słowackie pierwszeństwo i snowboardowe szaleństwo

Podobno jaki nowy rok tak i cały ….a że ja, Piszczała z początkiem nowego roku na Słowacje wyjechała, a już przed tym się spłukała, tak ten mój rok całkiem nieźle może wyglądać. Na pewno w barwach wypłowiałego różu jawi się już od pierwszego dnia. Mimo to nie żałuję, bo to co tam przeżyłam, czegom doświadczyłam to moje, a że był to mój pierwszy, dłuższy wyjazd poza granice naszego pięknego kraju, tym jeszcze większa satysfakcja….Hmmm...

Jednak może nie do końca był to pierwszy wyjazd, bo w końcu jako studenciak młody na Słowację z wycieczką trafiłam. Ale, że ja wtedy grzeczną byłam no i alkoholu nie piłam, więc i go nie zakupiłam, a sam wypad kilkuminutowy był, więc się prawie nie liczy. Był też tygodniowy wyjazd do Londynu w pogoni za wielką młodzieńczą miłością… I choć Londyn wspominam dobrze, jako miasto i to miasto w którym mogłabym żyć, tak sam wyjazd już raczej do udanych doświadczeń nie należał, ale to nie miejsce i pora, na użalanie, byłego już,  amora. 
Tak więc tegoroczny wyjazd na Słowacje traktuje w kategoriach pierwszego, bo tych pierwszeństw trochę przy nim było.Był to pierwszy wspólny wyjazd z Księciuniem:) ... i moje pierwsze zetknięcie, a raczej dotknięcie deski snowbordowej, stoku narciarskiego i tego całego klimatu…. Pierwsze i już na pewno nie ostatnie, i mam nadzieję, że inne wyjazdy Księciunio także wytrzyma, a przynajmniej takie mam noworoczne życzenie dla niego i dla siebie. 
No i jakby nie było na Słowacji właśnie, po raz pierwszy z bankomatu wypłacałam europejską walutę mimo, że konto rodowite, polskie i w polskich pieniążkach stoi. Bo ani człowiek się wcześniej nie zastanowił, czy na pewno chce i czy pojedzie, bo strach paraliżował. I może gdyby nie to, że wyjazd tuż po nowym roku był, a więc jeszcze z sylwestrowym kacem, to dzięki temu  i odwaga się znalazła. A na pewno sylwestrowy kac logiczną, babską rozkminkę wyłączył, i przez to na Słowacji się w końcu znalazłam, mimo, że ani jednego euro w kieszeni nie miałam.
Strach paraliżował, żem nawet do końca nie podjęła decyzji, ani żadnego przygotowania nie poczęła wcześniej, licząc, że może w ostatniej chwili ekipa zrezygnuje, bo po co ja skoro oni też mogą, prawda?  Ale tu ani mowy o rezygnacji nie było u nich, ani ja odwagi nie miałam, żeby powiedzieć, że nie jadę. A im bliżej wyjazdu to i ma duma nie pozwoliła mi w końcu zrezygnować. No i tak to się skończyło, żem w sylwestra na ostatnią chwilę przed zamknięciem sklepu buty snowbordowe, własne kupiła. Nowe, wcześniej nie śmigane i najdroższe jakie miałam do tej pory. Ale to nie tylko buty bo i spodnie także do najtańszego mojego zakupu nie należały i to wszystko w ostatnim dniu starego roku, więc w nowy rok prawie z pustym kontem byłam, choć jeszcze na Słowacji nogi nie postawiłam. 
Duma wygrała i przez to doświadczeń nabrała. W Księciuniu się jeszcze bardziej zakochałam, oj jak ja go uwielbiać tam zaczęłam, choć był i foch i łzy pierwszego dnia na stoku, ale później już tylko romans kwitł, w tle z poobijanymi zadami u mnie i u niego. 
Księciunio mój to istny wariat na desce, kręci się podskakuje i w śniegu wiruje. Wiedząc o tym to pietra miałam i stracha ogromnego, że nie podołam i wstydu czar przywołam, dlatego przez dwa dni instruktora męczyłam, do czasu, aż deskę ujarzmiłam po 4 godzinach nauki. A jak już deskę poczułam tom na chopockim stoku skończyłam. Tak więc trzeciego dnia wyjazdu porzuciłam mego instruktora opłaconego i  na stok ruszyłam. Pierwszy zjazd pod okiem Księciunia zaliczyłam i nie była to udana próba. 
Dopiero, kiedy sama zostałam, ja i deska…ja i trasa niebieska…moja deska i trasa niebieska, tak też lęki, obawy zaczęłam pokonywać a upartość i zawziętość ma  zaczęła wygrywać. No i tak się narodziło me rozważne szaleństwo na chopockim stoku. Za każdym następnym, samodzielnym zjazdem  coraz bardziej dumna z siebie byłam i coraz szybciej jeździłam, ach co to było za szczęście co to był za funn, który trwał aż do 15:30, kiedy kolejkę zamknęli.
Tak oto miłość do deski się narodziła i wyjazd do udanych zaliczyłam. Mam nadzieję, że Księciunio także dobrze się bawił i jeszcze nie raz będzie chciał mnie zabrać ze sobą, skoro mam już i buty i spodnie, kurtkę i kask własny też mam.Tak moi mili do deski Was nie zniechęcam a wręcz polecam, bo skoro mi się udało to Wam także. 

I jak zawsze fotorelacja musi być jako promocja zimowych aktywności ku chwale zdrowotności :)
Nigdy wcześniej tylu par butów nie przymierzyłam co w sylwestra.... a podobno Kobiety tylko do szpilek mają słabość...


i żeby nie było, że tak łatwo było... w końcu od czegoś miałam zad potłuczony :) 

ale jak już deskę poczułam to płynąć powoli zaczęłam....I'm loving it

Ja i deska ma, a przed nami trasa niebieska.... ;)

czy to nie jest piękny widok?... Trasa niebieska na początek

I żeby już tak różowo- niebiesko nie było, to Słowacja nam zgotowała powrót z holownikiem... auto wyzioneło ducha na pięknej obczyźnie w strugach słońca i w białym śniegu.... ach co to była za powrót, ale to juz może, kiedy indziej... 




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Polędwiczka z nutką myślicielstwa.....

Nocą myśli się kłębocą....

Lata początek