Kiełkująca wiosna.... w mieście oczywiście :)

święta, święta i po świętach, czyli prawie tak samo jak związek i po związku. Od czasu kiedy Pan Wysoki z psem Cezarem znikneli z mojego życia, czyli już 2 miesiące  przeżywam związkowy detoks uczuć. Przez ten czas uczyłam się uśmiechać do samej siebie, tak naprawdę a nie tylko śmiać się w przydzianej masce uśmiechu dla znajomych. 
No więc już tak uczę się te  2 miesiące, poznając lepiej siebie i swoją wytrzymałość i jak z tym nie jest źle, to nadal staram się znaleść sposób aby naładować swoje naturalne baterie dla siebie samej. 
Początkowo rodzina i przyjaciele, bardzo chcieli mnie wspierać, w tym czasie ale to do niczego nie prowadziło bo tak naprawdę nie pozwoliłoby mi  poznać siebie, a tylko  przyłożyć różowy plaster na blizny, które mimo, że zakryte różem, nadal by były. 
A  w ten oto sposób po swojej kilkutygodniowej samotni na własne życzeni, powoli wychodzę ze swej jaskini. Radość ogromna tym bardziej, że wyjście pokrywa się z czasem nadejścia wiosny a im wiecej słońca tym wiecęj energii i chęci dla samej siebie. Tak samo jak świeta, które po raz pierwszy spedziłam w swoich 4ścianach z moim pierwszym świątecznym gościem w postaci mojego brata. Święta niby rodzinne powinny być, ale ja chciałam te święta po swojemu i u siebie, a że do tego jeszcze trafił się pierwszy gość to nawet mogłam wykazać się w kuchni. I na szczęście tym razem soczycze  żeberka na obiad, faktycznie takie wyszły. Ach jakie to szczęście, że TV pęka w szwach od programów kulinarnych ile to człowiek może się nauczyć, bo ja na pewno uczę się korzystać z tych przepisów i pomysłow na obiad w ogóle. I nawet jeśli z młodym nie dokońca się rozumieliśmy to ten czas spedziliśmy w ciszy, rozmowach i na oglądaniu komedii romantycznych wieczorami. I co w tych świetach było najfajniejsze to przede wszystkim to, że byliśmy przez te kilka dni dla siebie, razem i osobno a nie dla rodziców, bo tak wypada, bo tego oczekują. Czyli kolejny etap oddzielania emocjonalnej pępowiny w moim wypadku, a z młodym na pewno nasze pierwsze wspólne wspomnienie świątecznego czasu razem, a dość dawno takich nie było bo on od dłuższego czasu dzieckiem, a póżniej nastolatkiem buntu się stał i od świątecznego stołu uciekał. Warto było. 
A wraz z początkiem wiosny pojawiły się też nowe plany letnio -wakacyjne, jak np.  proces odkwaszania organizmu, czyli hasło wiecej warzyw i owoców, zaczyna wraz z wiosną funkcjonować na nowo. Dodatkowo chodzi za mną pomysł nauki jazdy konnej i planowanie kolejnego wyjazdu urlopowego  na ten rok oczywiście tam gdzie ciepło i dużo słońca jest.
Poza tym oczywiście czas randek tych starych i nowych także uważam za otwarty. Stare bo nadal starzy wielbiciele chcą się randkować, ale żeby tak pięknie w życiu nie było,  Pan Wysoki, nie chciał, mimo że w tym wypadku to ja chciałam. No więc randki będą się nadal pojawiać, choć nie znaczy to że już całkowicie wyleczyłam się z Pana W, on nadal w myślach jest i w kuchni firmowej także już bardziej cieleśnie, jednak nic na siłe... więc zajmuję się sobą dla samej siebie i tylko Cezara mi nadal szkoda i tęskno do tej psinki, która tak rozprawiła się z nowojorskim jeżem po poprzednim Księciuniu. 
No więc jak widać razem z wiosną i u mnie początki nowego kiełkują, a samotność wcale taka straszna nie  jest, kiedy sama się z nią oswoisz, lepiej zaczniesz rozumieć siebie..... 



Wiosna w mym mieście, kiełkują plany a ja znowu pre do przodu...:) 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Polędwiczka z nutką myślicielstwa.....

Nocą myśli się kłębocą....

Lata początek